Roma – wspomnienia

Do napisania tego tekstu zbierałam się długo … bo prawie 3 lata.

Czasem jednak niektóre rzeczy muszą poczekać na swoją kolej. Trzy lata temu po porzuceniu poprzedniego bloga nie myślałam, żeby spisywać te nasze wspomnienia.

To był inny czas. Bardziej angażujący i raczej wspominam go jako mały szok pod tytułem jak ogarnia się dwójkę niemowlaków 🙂

Nasza krótka, trzydniowa wyprawa do Rzymu odbyła się jak chłopcy mieli 6 miesięcy. To miał być dla nas test czy damy sobie radę w samolocie z dwójką niemowlaków. I jak się okazało daliśmy radę i nawet wspominamy to dość wesoło. I właśnie, teraz gdy mamy za sobą już kilkanaście lotów oraz podróży małych i dużych przyszedł czas na opisanie tej pierwszej, w naszym mniemaniu, większej podróży.

To co? Zaczynamy?

Lot okazał się bezproblemowy. Sami byliśmy w szoku jak zachowały się nasze dzieci. Oczywiście wyczytaliśmy, żeby na czas startu podać dzieciom coś do picia, więc byliśmy przygotowani. Mleko mieliśmy pod ręką, a szczęśliwie była to pora karmienia. Tylko, że byliśmy tak zestresowani, że daliśmy mleko jak samolot kołował, a butelka w momencie wznoszenia się samolotu była już pusta… i co? I nie było żadnej histerii 🙂 Był to więc pierwszy i ostatni raz, kiedy przejmowaliśmy się tym, żeby uszy się dzieciom nie zatkały.

Zatrzymaliśmy się na Zatybrzu w apartamencie na czwartym piętrze. Piętro jest dość istotne, gdyż okazało się, że do (zabytkowej?) windy ledwo mieścimy się w trójkę! O naszej czwórce nie było mowy. Jeździliśmy zatem na raty 🙂

Rzym okazał się nie być dla nas łaskawy, jeśli chodzi o poruszanie się wózkiem bliźniaczym. Wysokie krawężniki, samochody zaparkowane na przejściach dla pieszych itd. Nie zauważałam tego nigdy wcześniej będąc bez dzieci…

Właściwie w te dwa dni udało nam się zobaczyć wszystkie #mustsee Rzymu.

Fontanna di Trevi – ona już zawsze będzie kojarzyć mi się z tłumami. W sezonie czy poza nim ciężko zrobić zdjęcie bez tłumów… no chyba, że wstając, skoro świt.

Panteon – gdy już zachwyciliśmy się tą budowlą i cudownie wpadającym przez oculus światło… to zawitaliśmy do lodziarni, zaraz obok …

Przechadzaliśmy się przez włoskie place, Piazza Navona, Piazza del Popollo, Piazza del Spagna… udało nam się zjeść obiad na jednym z nich. Zapytacie, a gdzie dzieci? Prawda jest taka, że 6 miesięczne dzieci dość dużo śpią… albo gaworzą sobie w wózku. Warunki są dwa, muszą być najedzone i musi być im ciepło.

3 lata po tej wycieczce nie pamiętam dokładnie kolejności zwiedzania. Mam jednak w głowie pewne skojarzenia. Dość nietypowe.

Na przykład Koloseum kojarzy mi się z brakiem miejsca, gdzie można nakarmić i przebrać dzieci. A akurat w momencie, gdy my zachwycaliśmy się budowlą, nasze dzieci miały inne potrzeby. Obie zostały zaspokojone 🙂 Niestety i tym razem nie udało nam się zobaczyć Koloseum od środka.

Dotarliśmy również do Watykanu, ale tym razem do Bazyliki Św. Piotra były tak duże kolejki, że zrezygnowaliśmy z wejścia do środka.

W ciągu tych dwóch dni zobaczyliśmy naprawdę dużo. Jednocześnie odpoczywając, bo nie musieliśmy biegać za chłopcami. Mieliśmy dla siebie dwa wieczory, gdzie spokojnie siedliśmy w knajpce jedząc włoskie pyszności i pijąc wino. W tym czasie chłopcy grzecznie spali obok w wózku i byli atrakcją dla Włochów, którzy potrafili wyjść z restauracji, aby zobaczyć czy to naprawdę gemelli 😉

Mieliśmy szczęście, jeśli chodzi o pogodę. To był styczeń, a w ciągu dnia było około 18-19 stopni. Tak doskonale to pamiętam, bo pięć razy sprawdzałam, czy będzie odpowiednia temperatura na spacery z niemowlakami. I była!

 

Nie mogło obejść się też bez małej przygody. Dzień po przylocie zauważyliśmy, że zgubiliśmy, gdzieś na tych wyboistych chodnikach śrubę od wózka. Bardzo istotną śrubę, bez niej wózek po prostu rozpadł by się. Jesteśmy w środku Rzymu, na horyzoncie nie widać Leroy Merlin 😉 Google maps wskazało nam jednak w odległości 100m sklep żelazny! Tam miły Pan naprawił nasz wózek. Jakoś to wydaje mi się niespotykane w Krakowie. Nie kojarzę np. na Kazimierzu sklepu ze śrubami i innymi tego typu akcesoriami (i to otwarty w sobotę o 8 rano!), chyba, że się mylę?

 

Jak już wiecie ta krótka wycieczka do Rzymu była naszą zachętą na dalsze podróże … i tak się stało. Andaluzja, Tajlandia czy Sri Lanka… były już dużo łatwiejsze do zorganizowania, przynajmniej mentalnie 😉

 

Brak komentarzy

Zostaw komentarz